Muzyka


Tak niewinnie...

Proszę słuchać utworu 25 :)
 W tym miejscu nie można było żyć bez obaw. Każdy był podejrzany i podejrzewał innych o to co najgorsze. Pod z pozoru przyjaznymi uśmiechami, kryły się przerażające myśli. Już dawno nie widziałam w mieście osoby prawdziwie szczęśliwej, która nie musiałaby obawiać się o życie swoje, czy kogoś jej bliskiego. Ludzie nie mogli spać spokojnie. Ci podli, wyzbyci ludzkich uczuć łowcy, polowali nawet na niewinnych. Codziennie docierały do mnie łzy zrozpaczonych kobiet, dzieci, a nawet mężczyzn. Płacząc bali się nas – czarownic, choć tak naprawdę, to nie my byłyśmy tu najgorszym złem! Potrafimy pomagać tym biedakom, w przeciwieństwie do plugawych i zuchwałych kanalii, na których widok miałam ogromną ochotę podpalić każdy skrawek ziemi, po jakiej stąpali kiedykolwiek, nawet jeśli miałby się w to wliczać mój dom!
 Osobiście nie miałam zbyt wielu spotkań z łowcami. I jak powtarzał mi mój opiekun – całe moje szczęście, że żaden się mną jeszcze nie zainteresował. Nie kryłam się ze swoją magią. Nie musiałam. Ludzie byli zbyt zajęci troszczeniem się o własne życie, by zwrócić uwagę na kilka drobnych zaklęć rzuconych tu i ówdzie. Moje życie toczyło się powoli. Gdy zaczynała doskwierać mi monotonia codziennych obowiązków, jakie mi narzucał, spontanicznie robiłam coś, wbrew jego woli. Co prawda musiałam później wysłuchiwać jego morałów na temat mojej lekkomyślności i braku ponoszenia odpowiedzialności za swoje czyny, ale każdy mój wybryk był tego wart.
 Właśnie przechodziłam przez próg domu mego najbliższego przyjaciela. Jak zwykle biegał chaotycznie po swojej pracowni przelewając, mieszając i podgrzewając najwymyślniejsze płyny. Właśnie podniósł jedną z fiolek i zamieszał znajdującą się w niej ciecz energicznym ruchem ręki.
 - Coś mi się nie wydaje, żebyś miał dobrze z głową! - wykrzywiłam twarz w grymasie oznajmiającym, że jego pomysł nie podobał mi się ani odrobinę. Skrzat imieniem Geofroy właśnie próbował wypić z przybrudzonej fiolki sinozielony płyn. - Wylej to, natychmiast! - wytrąciłam mu naczynie z ręki, jego zawartość wylała się do doniczki, w której roślinka w mgnieniu oka zmieniła kolor na fioletowy. Po chwili zaczęła gnić. - No widzisz?! I co jakbyś to wypił?!
 - Fijoletowy bym był! Fijoletowy! - Wyszczerzył się w uśmiechu, wystawiając mi przy tym język. Fioletowy mówisz... Machnęłam ręką, a niegrzecznie wystawiony język przyjaciela przypominał w tej chwili dojrzałą śliwkę. Zaśmiałam się pod nosem, ciekawe co powie, jak zobaczy się w lustrze. Uśmiechnęłam się pobłażliwie, a przed moimi oczami przeleciał mały, wielobarwny ptak. - Złapię go! - wykrzyknęłam radośnie i wybiegłam za nim przez okno.
 Była wspaniała pogoda. Niebo było przejrzyste, a promienie słońca przebijały się przez korony drzew. Biegnąc, starałam się omijać wystające korzenie. Szczególnie te pokryte mchem. Były bardzo śliskie, a ja nie miałam czasu, żeby się przewracać. Musiałam dogonić ptaka! Leciał dość wolno, zataczając kręgi przy niektórych drzewach. Jego upierzenie było przepiękne. Pióra od czubka głowy aż do końca potylicy miały barwę dojrzałej pomarańczy, grzbiet wraz z kuprem i podbródkiem prezentowały żółte barwy, na gardle wyróżniał się czarny pas, a zaraz za nim rozpoczynały się piórka o kolorze seledynowym, skrzydła były w odcieniach niebieskozielonych, a ogon był granatowy. Ćwierkał od czasu do czasu, jakby chciał porozmawiać ze mną i umilić mi tym samym drogę.
 Zorientowałam się, że go nie ma. Zniknął nagle bez śladu, a ja stanęłam z tępym wyrazem twarzy, zastanawiając się, co tak właściwie się wydarzyło. Po dłuższej chwili dotarło do mnie, że moje myśli wcale nie koncentrowały się, na poprzednio zaistniałym w mojej świadomości problemie. Jednak zdałam sobie sprawę z tego, że byłam w uroczym miejscu. Stałam po między dwoma rzędami drzew rosnących do siebie równolegle, na końcu ścieżki było nieco pustej przestrzeni, lecz gałęzie drzew nie dopuszczały tam zbyt wiele światła. - Kurczę.. jak ja tu trafiłam? - Do głowy nagle wpadło mi, że właściwie nie mam pojęcia jak wrócić do domu... ponadto, byłam tu sama. Samiuteńka! Można by rzec - samotna jak palec... ale nawet palec ma swoich towarzyszy! W okolicy nie było nawet żadnego insekta... Nic! Zupełnie! Właściwie, to odpowiada mi taka pustka. Niczym nie skażone piękno natury... Przeszłam między drzewami na małą polanę. Wokół niej, w kole rosły potężne dęby. Mało tego! za pierwszym rzędem drzew szumiał mały, błękitny strumyk. Za nim roślinność zagęszczała się na tyle, że pomimo świecącego wciąż słońca było ciemno jak w nocy. położyłam się na miękkiej trawie i oglądałam obłoki szybko przelatujące po niebie. Gdzie im się tak spieszy?! Po tej myśli dostałam olśnienia - za chwilę zapadnie zmrok! I co tu robić? Przecież nie wiem jak wrócić do domu!
Wiem! Od dziś tu zamieszkam. Wybuduję sobie mały szałasik... o właśnie! Pobiegłam za rzeczkę odgradzającą mnie od mroku złowieszczego lasu i zaczęłam z zapałem zbierać każdą napotkaną na mojej drodze gałąź. Nie powiem, było ich tam dość sporo, w końcu byłam w lesie! I bardzo genialnie. Wróciłam na moją polanę i zaczęłam układać prowizoryczny szałas. Przydałby mi się jakiś akt własności.
Nim się spostrzegłam zrobiło się zupełnie ciemno. Ciemno i strasznie. Czułam, jak zewsząd dopadają mnie wygłodniałe spojrzenia leśnych bestii, każdy podmuch wiatru przyprawiał mnie o gęsią skórkę. Do jutra to ja tu chyba umrę! A jak się jeszcze jakiś łowca napatoczy to już w ogóle, cud miód i orzeszki!
Chwila, chwila... łowca.. czarownic! Czarownic, czyli, że poluje na mnie. Czyli umiem czarować!
 - Idiotka! - wysyczałam na siebie przez zęby. Zamknęłam oczy, odetchnęłam, a kiedy ponownie podniosłam powieki byłam już w moim domu na miękkiej sofie i patrzyłam na twarz Steven'a, mojego troskliwego opiekuna, na którego czole pojawiła się zmarszczka. Był wściekły. Ale to akurat żadna nowość! Zawsze zrobię coś, co uważa za nieodpowiednie. Wywróciłam oczyma, zatrzymując swój wzrok na jego kolanach. Przygotowałam się na wysłuchanie jego kolejnego monologu.
 - Martwiłem się... - wyszeptał. - Myślałem, że już nie żyjesz... Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę... - głos mu się załamał, co było do niego niepodobne. Zawsze krzyczał na tyle głośno, że gdy kończył miał tak bardzo zdarte gardło, że dopiero następnego dnia mógł mówić normalnie! Co się stało?!
 - Steven? - podeszłam do niego. Położyłam rękę na jego ramieniu i spojrzałam w jego oczy.
 Uśmiechnąwszy się do mnie, przytulił mnie.
 - Jutro ci się oberwie za ten wybryk. Teraz idź do łóżka i wyśpij się porządnie. Musisz być wykończona.
 Odszedł w stronę swojej sypialni, zostawiając mnie samą w salonie. Po raz drugi dzisiejszego dnia miałam bardzo inteligentny wyraz twarzy... Albo ostatnimi czasy wszystko aż tak bardzo mnie przerasta, albo to co się dzieje, kompletnie nie ma sensu! Byłam tym wszystkim poirytowana, więc postanowiłam posłuchać rady opiekuna i poszłam spotkać się z łóżkiem, kołdrą i poduszką.

Początek

Proszę słuchać utworu numer 11 :)
     W roku 1661 w naszym kraju miała zajść poważna zmiana. Do tej pory właściwie nie wiadomo było, kto sprawuje rzeczywistą władzę we Francji. Koronę miał objąć Ludwik XIV. Jak okazało się kilka lat później, zdecydowanie wiadomo już było, kto jest naszym władcą. Jednak nasz `król-słońce` nie był ani trochę tak wspaniały jak przypuszczano.
     Był to burzliwy czas. Czas spowity mrocznymi tajemnicami, owiany zagadkowym pięknem, filigranowym, tak kruchym, a zarazem zmagającym się z brutalnością w każdym ułamku sekundy. Król był niesamowicie nietolerancyjny. Anulowaniem edyktu nantejskiego wywołał falę represji. Zaczęła się walka ludu z Kościołem. Walka niezwykle krwawa, pełna przemocy, drastyczna, wręcz zwierzęca. Nikt nie mógł być pewien, czy jutro obudzi się żywy. W tamtym okresie wydawało się, że całe państwa pogrążone są w ciemnościach. Za każdym rogiem mógł czaić się na Ciebie złodziej, lub - co gorsza - czarownica. Można było podejrzewać o złe zamiary wszystkich, jakiegokolwiek przechodnia na ulicy, zarówno wieśniaczkę, posyłająca niby niewinny uśmiech do przechodzącego gospodarza, świdrująca wzrokiem jego wystraszoną duszę, mówiącą jego podświadomości `rzuca urok, nie patrz na nią!` (muszę przyznać, że nigdy nie mogłem nadziwić się tej natarczywości kobiecego wzroku), jak i osobę z dworu króla Ludwika, przekonującą sprzedawcę, że ten produkt ma zbyt wysoką cenę, bo przecież zna się na ziołach, leczy nimi choroby (natychmiastowo zostawał podejrzany o sporządzanie trucizn). A właśnie. Choroby... Chorób w tamtym czasie też było niesamowicie wiele. Przypuszczacie, że ze względu na brak higieny? Nic bardziej mylnego. To wszystkie podłe czarownice zsyłały uroki na bezbronnych ludzi! Wszyscy bali się czarownic, podobno były podstępne, potrafiły kamuflować się, nigdy nie było pewności, czy najbliższa Ci osoba nie para się magią...
     Wiedźmy były największym wrogiem Kościoła. Starano się je tępić w każdy możliwy sposób. Wydano Malleus Maleficarum, kompendium wiedzy o magii, `młot na czarownice`.Wtedy właśnie powstał nowy zawód. Zawód niebezpieczny, lecz stawiający na bardzo wysokim szczeblu miastowej hierarchii, zawód, do którego nadawali się tylko najsprytniejsi, najprzebieglejsi, najsilniejsi i najodporniejsi mężczyźni. Łowcy czarownic, inkwizytorzy. Ludzie oddani jedynemu Bogu, walczący w Jego imieniu o dobro ludzkości. Rycerze samego Boga, wysłannicy, powołani, by zwalczać zło tego świata. Byli kapłanami, zakonnikami wywyższonymi przez Najwyższego Pana. Byłem jednym z nich. Budziłem lęk, a zarazem olbrzymi respekt. Kiedy odwiedzałem kolejne miasta wieść o łowcy czarownic rozprowadzała się niesamowicie szybko po całej okolicy. Muszę przyznać, że nie ułatwiało mi to zadania, jednak radziłem sobie. Patrząc z perspektywy czasu wydaje mi się, że dowolną osobę można było posądzić o czarnoksięstwo, znajdując oczywiście niezbite dowody na jego winę. Każdy w zasięgu mojego wzroku, czy słuchu musiał mieć się na baczności. Nie ważne, czy było to pięcioletnie dziecko, młoda kobieta, czy starzec, ledwo trzymający się swojej dębowej laski. Wszyscy bez wyjątku mieli swoje tajemnice.
     Opowiem Wam jednak nie o przypadkowym człowieku, podejrzanym o czarnoksięstwo, lecz o konkretnej osobie, która całkowicie zmieniła moje życie. Historia ta miała miejsce w roku 1668, kiedy to naszego króla, pomimo poważnych problemów społecznych, całkowicie zajmował plan rozbudowy nowego pałacu. Jego kochanką była wówczas markiza de Montespan (moim osobistym zdaniem była czarownicą, dlatego też wielce szanowny król nie chciał mieszać się w zamieszki związane właśnie z tym tematem). Bawiłem na dworze zacnego hrabiego, wieloletniego zwierzchnika kościoła. Dostałem list od władz kościelnych. Czekało mnie polowanie...

Witamy wszystkich tu obecnych (i tych nieobecnych również)!
Jest nas dwie. Czasem jesteśmy różne. Czasem jesteśmy identyczne! Jak nam coś przyjdzie do głowy to mowy nie ma, żeby nas coś od tego odciągnęło (no chyba, że nam się znudzi)! Robimy razem wiele rzeczy choć nic nam tego nie ułatwia. No... prawie nic. A raczej powinnam powiedzieć, że jedynym nieudogodnieniem jest odległość jaka nas dzieli. Ale nawet to, że mieszkamy na dwóch odległych krańcach Polski nie przeszkodzi nam w tym co mamy zamiar teraz zrobić!
Otóż będziemy pisać! Powstanie tu na Waszych oczach historia, która będzie toczyć się w czasach średniowiecznych, a jednym z najważniejszych faktów pochodzących z tamtejszych czasów będzie palenie czarownic na stosach. Każda z nas wcieli się w inną postać (a nawet więcej niż jedną).
Żeby dodać do treści nieco klimatu, na początku każdej notki będziemy podawać numer piosenki, którą należy włączyć na playliście znajdującej się nad postem.
Życzymy wytrwałości (i Wam, drodzy czytelnicy, i nam samym)