Proszę słuchać utworu numer 11 :)
W roku 1661 w naszym kraju miała zajść poważna zmiana. Do tej pory właściwie nie wiadomo było, kto sprawuje rzeczywistą władzę we Francji. Koronę miał objąć Ludwik XIV. Jak okazało się kilka lat później, zdecydowanie wiadomo już było, kto jest naszym władcą. Jednak nasz `król-słońce` nie był ani trochę tak wspaniały jak przypuszczano.Był to burzliwy czas. Czas spowity mrocznymi tajemnicami, owiany zagadkowym pięknem, filigranowym, tak kruchym, a zarazem zmagającym się z brutalnością w każdym ułamku sekundy. Król był niesamowicie nietolerancyjny. Anulowaniem edyktu nantejskiego wywołał falę represji. Zaczęła się walka ludu z Kościołem. Walka niezwykle krwawa, pełna przemocy, drastyczna, wręcz zwierzęca. Nikt nie mógł być pewien, czy jutro obudzi się żywy. W tamtym okresie wydawało się, że całe państwa pogrążone są w ciemnościach. Za każdym rogiem mógł czaić się na Ciebie złodziej, lub - co gorsza - czarownica. Można było podejrzewać o złe zamiary wszystkich, jakiegokolwiek przechodnia na ulicy, zarówno wieśniaczkę, posyłająca niby niewinny uśmiech do przechodzącego gospodarza, świdrująca wzrokiem jego wystraszoną duszę, mówiącą jego podświadomości `rzuca urok, nie patrz na nią!` (muszę przyznać, że nigdy nie mogłem nadziwić się tej natarczywości kobiecego wzroku), jak i osobę z dworu króla Ludwika, przekonującą sprzedawcę, że ten produkt ma zbyt wysoką cenę, bo przecież zna się na ziołach, leczy nimi choroby (natychmiastowo zostawał podejrzany o sporządzanie trucizn). A właśnie. Choroby... Chorób w tamtym czasie też było niesamowicie wiele. Przypuszczacie, że ze względu na brak higieny? Nic bardziej mylnego. To wszystkie podłe czarownice zsyłały uroki na bezbronnych ludzi! Wszyscy bali się czarownic, podobno były podstępne, potrafiły kamuflować się, nigdy nie było pewności, czy najbliższa Ci osoba nie para się magią...
Wiedźmy były największym wrogiem Kościoła. Starano się je tępić w każdy możliwy sposób. Wydano Malleus Maleficarum, kompendium wiedzy o magii, `młot na czarownice`.Wtedy właśnie powstał nowy zawód. Zawód niebezpieczny, lecz stawiający na bardzo wysokim szczeblu miastowej hierarchii, zawód, do którego nadawali się tylko najsprytniejsi, najprzebieglejsi, najsilniejsi i najodporniejsi mężczyźni. Łowcy czarownic, inkwizytorzy. Ludzie oddani jedynemu Bogu, walczący w Jego imieniu o dobro ludzkości. Rycerze samego Boga, wysłannicy, powołani, by zwalczać zło tego świata. Byli kapłanami, zakonnikami wywyższonymi przez Najwyższego Pana. Byłem jednym z nich. Budziłem lęk, a zarazem olbrzymi respekt. Kiedy odwiedzałem kolejne miasta wieść o łowcy czarownic rozprowadzała się niesamowicie szybko po całej okolicy. Muszę przyznać, że nie ułatwiało mi to zadania, jednak radziłem sobie. Patrząc z perspektywy czasu wydaje mi się, że dowolną osobę można było posądzić o czarnoksięstwo, znajdując oczywiście niezbite dowody na jego winę. Każdy w zasięgu mojego wzroku, czy słuchu musiał mieć się na baczności. Nie ważne, czy było to pięcioletnie dziecko, młoda kobieta, czy starzec, ledwo trzymający się swojej dębowej laski. Wszyscy bez wyjątku mieli swoje tajemnice.
Opowiem Wam jednak nie o przypadkowym człowieku, podejrzanym o czarnoksięstwo, lecz o konkretnej osobie, która całkowicie zmieniła moje życie. Historia ta miała miejsce w roku 1668, kiedy to naszego króla, pomimo poważnych problemów społecznych, całkowicie zajmował plan rozbudowy nowego pałacu. Jego kochanką była wówczas markiza de Montespan (moim osobistym zdaniem była czarownicą, dlatego też wielce szanowny król nie chciał mieszać się w zamieszki związane właśnie z tym tematem). Bawiłem na dworze zacnego hrabiego, wieloletniego zwierzchnika kościoła. Dostałem list od władz kościelnych. Czekało mnie polowanie...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz